Facebook Facta Nautica
Facta Nautica - Internetowy Magazyn Nautologiczny
 
-   MORZE   |   MARYNARKA HANDLOWA   |   STATKI   |   OKRĘTY WOJENNE   |   WRAKI   |   MARYNARKA WOJENNA   |   ŻEGLUGA   -
       
Z kapitańskiej skrzyni Roberta Zahorskiego
     
-
-
-
     
MOI KAPITANOWIE
mm.
Kapitan ż.w. ROBERT ZAHORSKI-
 
  Kpt. ż.w. Robert Zahorski
Kapitan Kazimierz Jurkiewicz
Kpt. ż.w. Kazimierz Jurkiewicz (1912–1985).
Na DARZE POMORZA przepracował 32 lata, w tym 23 jako jego komendant.
--
 
Powspominam dzisiaj kapitanów, z którymi pływałem, zanim sam awansowałem na to stanowisko, a którzy
szczególnie zapadli w mojej pamięci.

---------Pierwszym był Kazimierz Jurkiewicz, komendant DARU POMORZA. Kapitanem tytułowano
Starszego Oficera. Kapitan był komendantem. Pomiędzy nim a nami był ogromny dystans. Do mnie przez
cały pobyt na
DARZE odezwał się bezpośrednio tylko raz. Na DARZE POMORZA jest ster awaryjny, tzw.
„maszynka Davisa”. Urządzenie jest obudowanie skrzynią z drewna teakowego i stoi na samej rufie statku.
Po obu stronach wygrawerowany jest złocony napis z nazwą
DAR POMORZA. Skrzynia ta pochodzi z samego
początku żaglowca. Po sprowadzeniu statku do Polski odwrócono jej deski „na lewą stronę" i wyrzeźbiono
nową nazwę. Wewnątrz do dzisiaj jest stara nazwa
PRINZESS EITEL FRIEDRICH. To nam pokazał kpt.
Jurkiewicz. Dzisiaj rozumiem ten dystans do nas, bo jak inaczej zapanować nad stadem rozbrykanej
młodzieży? Komendant miał klasę, prezencję i autorytet. Żaglowiec to nie miejsce dla mięczaków.
-
M/s JAN MATEJKO , jeden ze statków dowodzonych przez kapitana Jana Wiśniakowskiego.
Autor fotografii: J. Uklejewski.
-
-------Na MATEJCE podczas praktyki moim kapitanem był Jan Wiśniakowski. Prawdziwy marynarz.
Opisałem go we wspomnieniu ze statku
JAN MATEJKO. Postać barwna i wspaniała. Po latach w USA
spotkałem jego syna Łukasza. Pływał w PLO jako radiooficer. Chciał zejść ze statku w USA, ale ojciec wybił
mu to z głowy. Powiedział mu, że jego syn nie zdezerteruje za statku. W rezultacie Łukasz wrócił do kraju.
Potem wyjechał na zaproszenie i pozostał w USA. Kpt. Wiśniakowski kończył morską karierę u Wincentego
Bartosiaka, przedwojennego polskiego armatora, który po wojnie kontynuował swoją działalność w Brazylii.
-
Kapitan Jerzy Jurewicz i świta Neptuna podczas ceremonii chrztu morskiego na pokładzie s/s KOPALNIA MIECHOWICE.
-

---------Kapitan Jerzy Jurewicz. Dowodził KOPALNIĄ MIECHOWICE w jednym z najtrudniejszych moich
rejsów. Popłynęliśmy z polskim koksem do Karaczi. Tam spędziliśmy 40 dni na redzie w porze pomiędzy
monsunem letnim, a zimowym. Statek bez klimatyzacji, Upał i wilgoć. W kabinach temperatura przekraczała
40 stopni. Dym z papierosa unosił się pionowo do góry. Koszmar.

---------To był kapitan z charakterem. Dobrym przykładem  jest jego podejście do chrztu równikowego.
Kapitan jeszcze nie przekraczał równika, co w tamtych czasach nie było niezwykłe. Nawet w rejsie do Japonii
najdalej na południe jest wysunięta cieśnina Malakka, to około 2 stopnie N. Dzisiaj chrzest morski z powodu
powszechności przekraczania równika właściwie umarł śmiercią naturalną. Tą tradycję kultywuję jeszcze
chyba tylko żeglarze.

---------Kapitan zgodnie z obyczajem przyjął świtę pana mórz w pełnej gali, czyli białym tropikalnym
mundurze. Ponieważ chrzest go nieuchronnie czekał,  po powitaniu oddał tylko komuś czapkę i naramienniki i
powiedział  do „ober diabła” – „bierzcie mnie”. Później mundur był już tylko do wyrzucenia.

---------Kapitan był ostry. Nie lubiliśmy go. Dystans i dyscyplina. Dopiero po latach go doceniłem, kiedy sam
stanąłem na mostku, jako kapitan.  Po latach opowiedziałem mu o tym podczas przerwy w jednej z rozpraw
w Izbie Morskiej, w której byłem ławnikiem, a on oskarżał, jako tzw. Delegat Ministra (coś jak prokurator w
sądzie powszechnym) Też już jest po tamtej stronie…
-
Kapitan Jerzy Jurewicz (w środku) podczas chrztu morskiego na s/s KOPALNIA MIECHOWICE.
-
 

---------Pierwszym moim kapitanem w PŻM był Roman Budka. Jeszcze Tczewiak. Na małym drewnowcu
GLIWICE (ex LIDA) panowały zwyczaje „oceaniczne” Pisałem o tym. Na mostku cały czas była jego
lornetka. Stara, zeissowska pochodząca z czasów wojny. Nikt nie śmiał jej brać do ręki. To, dlatego zawsze
na statku miałem swoją lornetkę, którą mam do dzisiaj. Jest obdrapana i zniszczona, ale optyczne bez
zastrzeżeń. Też
Zeiss.  Dawniej w zwyczaju było, że nawigator miał na statku swoją lornetkę i sekstant. Też
mam swój, stary
C. Plath z 1954 roku, ale nie woziłem go na statkach ze sobą.
---------Na statku ZAGŁĘBIE DĄBROWSKIE pływałem z kapitanem Juliuszem Bilewiczem. Był to
człowiek ogromnej kultury, znał kilka języków i był bardzo wymagający. Jego klasa była tak wysoka, że
mógłby z powodzeniem dowodzić wielkimi statkami pasażerskimi. Nie tolerował lipy, działalności
pozorowanej. Trudno było mu sprostać, ale ci, co temu podołali pływali z nim długo. Na statku obowiązywały
mundury. Byłem wtedy trzecim oficerem. Kiedy budziłem się na poranną wachtę, zawsze telefonowałem do
stewarda kapitańskiego i pytałem jak kapitan jest ubrany? I zawsze ubierałem taki sam mundur, jaki w tym
dniu nosił kapitan. Mógł to być mundur wyjściowy, „battle dress”, khaki, lub białe tropika. Kapitan nigdy nie
mówił o takim obowiązku. To było zrozumiałe samo przez się.  Na statku był porządek, każdy wiedział, co ma
robić i ja tamten czas wspominam bardzo dobrze. Wtedy zabrałem swoją mamę w rejs.  Była oczarowana
statkiem i kapitanem. Nabrała wtedy przekonania, że na wszystkich statkach dowodzą tacy kapitanowie i że
wsz1)ędzie panuje taki swoisty „wersal”. Kapitan Bilewicz zmarł na statku. W Wenecji poczuł się źle. Lekarze
chcieli go zatrzymać w szpitalu. Odmówił, bo nie chciał zostawić statku. DO kraju niestety już nie dopłynął.
Na statek zaokrętował jego syn, jako młodszy motorzysta. Sprawiał problemy wychowawcze, Ojciec myślał,
że jakoś pod swoim okiem go ustawi. Niestety nie udało się. Kiedyś chłopak nie stawił się na wachtę portową.
Mechanik chciał to ukryć przed ojcem kapitanem i został ukarany za tolerowanie niesubordynacji wśród
podległego personelu.  Z tego, co wiem, to chłopak zdezerterował z jakiegoś statku w Australii.
--------Pływałem z wieloma kapitanami. Jednych wspominam dobrze, innych źle, jeszcze innych po prostu
mało pamiętam.

--------Kapitan Eugeniusz Wasilewski. „Wasyl”. Rocznik 1909. Byłem jego ostatnim starszym oficerem. Na
statek
KUJAWY zaokrętował już z emerytury. Firma na to mu pozwoliła wobec jego zasług. W kadrach
poproszono mnie, aby ten jego rejs przeszedł mu gładko i bez kłopotów. Pani Wasilewska była na statku
razem z nim. Kapitan Wasilewski nie ukończył Szkoły Morskiej. Wyrzucono go „za niewinność”, jak mi mówił.

--------Jego opowieści publikowane w „Głosie Szczecińskim” i wydane w 2 książkach wspomnieniowych to
kopalnia wiedzy o początkach PMH, przedwojennej Gdyni, którą zresztą osobiście budował, są kopalnią
wiedzy o tamtych czasach, Gdyni i doskonale oddają folklor tego portu. Ze zrozumiałych względów jego
wspomnienia były wydawane w wersji „soft”. Mocno uczesane i stonowane. Ja znam wersje prawdziwe.
Bardziej soczyste.

--------Przed wojną flota była mała i trudno było dostać zatrudnienie na statku. Gieno często przebywał „na
biczu” ( „Beach” – plaża. Na Biczu, czyli być bezrobotnym) Zajmował się wszystkim. Między innymi brukował
ulicę Świętojańską w Gdyni.  Kiedyś spotkał Michała Leszczyńskiego, kolegę ze szkoły morskiej. Michał
Leszczyński to znany na świecie, ale słabo w Polsce malarz marynista, w prostej linii potomek króla
Stanisława Leszczyńskiego. Niezależnie od znacznych pieniędzy, które dostawał od bogatych rodziców, już
wtedy dobrze sprzedawał swoje obrazy. Wynajmował mieszkanie przy ulicy Świętojańskiej. Kiedy dowiedział
się, że jego kolega jest bez pracy, zaproponował mu pracę? „Wasyl” zapytał go, co będzie robić? "Będziesz
burgrabią, masz dbać, aby alkoholu i dziewczyn nie zabrakło." Łatwo sobie wyobrazić, co tam musiało się
dziać.

--------Kapitan Wasilewski ożenił się dopiero w wieku 48 lat. Czasem do mnie w tajemnicy mówił, że może za
wcześnie. Patrz, mówił. „Wychowałem syna, który jest samodzielny, a ja jeszcze się trzymam. Mogłem
jeszcze trochę poszaleć”.

--------Na statku urządziliśmy w kabinie starszego mechanika przygotowaliśmy małe party. Zebrali się
wszyscy oficerowie, w mundurach. Był steward w przepisowym uniformie. Był szampan. Panią Wasilewską
wtajemniczyliśmy we wszystko, ale powiedziała, że lepiej będzie jak to się odbędzie tylko w marynarskim
gronie. Zadzwoniłam do niego i poprosiłam do kabiny mechanika, mówiąc, że chodzi o ważną sprawę
techniczną. Przyszedł w stroju swobodnym. Kiedy wszedł wszyscy powstaliśmy. Oczy mu się zaszkliły. To ja
pójdę ubrać mundur, powiedział. Powiedziałem, że nie trzeba. On na to "Kochani w ile Ray będę miał jeszcze
okazję założyć ten mundur?”. Później jego żona dziękowała nam za to pożegnanie morza, mówiąc, że był
szczęśliwy.

--------Później odwiedzałem go w domu, kiedy tylko byłem na lądzie. Też już jest za smugą cienia, jak wielu
moich kapitanów.
--------Jan Nowak.  Mój długoletni przyjaciel. Sportowiec, kulturysta. Zawsze woził ze sobą sprzęt i
zawzięcie trenował wciągając do tego innych.  W wieku niemal emerytalnym miał wygląd trzydziesto
parolatka. Pływaliśmy razem na
KOPALNI KLEOFAS.  Nasi synowie się przyjaźnili. Zmarł przedwcześnie. Nie
wierzył lekarzom, który przestrzegali go przed zbyt forsownym treningiem, niedostosowanym do jego wieku.
Wierzył w medycynę alternatywną.  I może to było przyczyną? Kiedyś na statku urządził małą demonstrację
swojej siły. Jedną ręką postawił mnie razem z krzesłem na stole a ważyłem 85 kg. Użył sposobu. Chwycił
ręką tylną nogę krzesła, tak, że siedzisko opierało się o jego przedramię.
M/s SŁAWNO - pierwszy statek, którym dowodziłem. Zmieniłem na nim kapitana Jana Nowaka.
_
 
--------Zmieniłem Janka na SŁAWNIE. To był mój
pierwszy statek, którym dowodziłem. Na statku była
pani ochmistrz. Pani już w latach, „Ziuta”. Kiedy ją
zobaczyłem po raz pierwszy była ubrana w mundur.
Przyciasny już zresztą. Mundur ten nie bardzo pasował
do małego węglowca. Kiedy powiedziałem jej, że nie
musi nosić munduru, z ulgą się przebrała. Okazało się,
że Janek dla kawału ją mną nastraszył i powiedział jej
między innymi, że ja wymagam mundurów.

--------Pani ta była duszą marynarskiego biznesu. Ale
ją rozumiem. Była wdową, i wychowywała sporą
gromadkę dzieci, w tym także nie swoich. Czy miała
inny wybór? Polubiłem ja. Bardzo dbała o nas. Podczas
postoju w Szczecinie, kiedy rano jechała na statek,
zawsze kupowała za swoje pieniądze świeże bułki,
szczypiorek, rzodkiewki. Była po kobiecemu
zapobiegliwa.

--------Była wdową po absolwencie PSM, uczestnikiem
dosyć znanego procesu, który swoim kolegom ze
szkoły morskiej wytoczył pewnie niesławny kapitan.  
Już w PSM pełnił on funkcje partyjne i jemu to
zawdzięczają niektórzy, że nie dostali prawa pływania
po ukończeniu szkoły.
Parowiec WROCŁAW naa redzie Turku.
-
--------Wsławił się także tym, że kiedy statek WROCŁAW, którym dowodził, wszedł na skały i tonął, pierwszy
uciekł do szalupy pozostawiając swoich ludzi na statku. Został zdegradowany do marynarza. Nie poddał się
jednak i całe lata, krok po kroku powracał na stanowisko kapitana. Udało mu się to już prawie przed
emeryturą. Nieciekawa postać.
Jankowi Nowakowi zawsze stawiam znicz na grobie, ilekroć przechodzę tamtędy w drodze na grób mamy.
M/s ZAGŁĘBIE MIEDZIOWE - statek, którym dowodził kapitan Eugeniusz Nowak.
-
 
--------Ostatnim moim kapitanem na statku ZAGŁĘBIE MIEDZIOWE był poznaniak Eugeniusz Nowak.  
Człowiek o ogromnym poczuciu humoru Opowiadał ciekawe historie z swojego pływania. W pamięci utkwiły
mnie dwie. Jako 2. oficer, w PLO był na statku, który z Indonezji wiózł małpy doświadczalne do Europy
(dzisiaj nie do pomyślenia). Klatki były ustawione na twindeckach. Załoga była przeszkolona jak się z nimi
obchodzić. Było parę gatunków, Od małych do dużych. Jedną z małpek załoga wzięła do swoich pomieszczeń.  
Była ich ulubieńcem. Którejś nocy nad ranem mechanik zadzwonił i przerażony wykrzyczał: „Gienek, zobacz,
co się dzieje w maszynie!” Zajrzał, więc do siłowni przez świetlik. A tu czarno od małp skaczących po
maszynowni. Ta mała małpka pootwierała wszystkie klatki i powypuszczała kumpli! Małpy rozbiegły się po
statku. Trzy dni trwały łowy aż je wyłapano i zamknięto. Głodne małpiszony schodziły jeść do ładowni. Jak
która wychyliła głowę z zejściówki dostawała pałką i była zanoszona do klatki.

--------Pływał też na czeskich statkach.  Na ich statkach było jeszcze stanowisko politruka, które w PMH
zlikwidowano po odwilży październikowej w 1956 roku. Statek płynął do Haiphongu w Płn. Wietnamie. Wtedy
jeszcze nie na wszystkich statkach były radiotelefony UKF. Statki porozumiewały się ze sobą lampą Aldisa,
alfabetem Morse’a. Sam to ćwiczyłem nudząc się na wachtach. „What ship. Where are you bound for?”.  
Napotkali eskadrę okrętów
US Navy. Na mostku lotniskowca zaczęło błyskać Aldis. Standardowe pytania.
Okazja do ćwiczeń sygnalistów. Na mostek wpadł przerażony politruk. Gienek zaczął powoli sylabizować mu
wiadomość, oczywiście kłamiąc. „Zatrzymać natychmiast statek przygotować statek do kontroli”. Coś
takiego. Statek wiózł „zabawki” do Wietnamu, czyli broń. Politruka wymiotło z mostku. Na drugi dzień
wezwano go to kapitana, którym był Jugosłowianin. „Coś Ty narobił?" - krzyknął kapitan. „Ten idiota pobiegł
do kabiny, zżarł szyfry. Przebrał się w brudny kombinezon i ukrył się w siłowni! Muszę powiadomić władze”.
W Haiphongu przyjechali z faceci z ambasady czeskiej. Attache wojskowy i inni funkcjonariusze. Wezwali go
do kapitana. Był już spakowany, bo oczekiwał karnego wyokrętowania. Wchodzi, a tu towarzystwo przy
butelce whisky, rozbawione do łez. „Drugi, opowiedz jeszcze raz jak to było?”. W rezultacie to politruk
pojechał do domu.
--------Staś Kołodziej. Na UNIWERSYTECIE WARSZAWSKIM byłem jego St. Oficerem. Niebywale zdolny
człowiek. W Szkole Morskiej wykładowca astronomii, kpt. Antoni Ledóchowski (z tych Ledóchowskich)
podobno postawił tylko dwie oceny bardzo dobre. Jedną z nich otrzymał Staś.

--------Na statku mieliśmy problem z nadajnikiem głównym radiostacji. Trzeba było zamówić część. Niestety
radiooficer prawie wcale nie znał się na elektronice. Kapitan też nie, ale wziął dokumentację i literaturę do
kabiny i znalazł właściwą część, która została zamówiona i czekała na nas w najbliższym porcie.

--------Wojnę spędził, jako dziecko na zesłaniu w republice Komi za kręgiem polarnym.  To, co opowiadał, to
był horror.

--------Na statku tym wprowadziliśmy zabawny zwyczaj związany z jego nazwą. Kapitana tytułowaliśmy
rektorem, kierowników działów dziekanami, oficerowie byli docentami a marynarze magistrami. Tylko
studenci z WSM u nas na praktyce byli nadal studentami.

--------To był dobry statek Wybudowany w B&W w Kopenhadze był przedstawicielem długiej serii statków
różnych generacji. 52 000 tonowy masowiec.
Na masowcu m/s UNIWERSYTET WARSZAWSKI kapitana Stasia Kołodzieja tytułowaliśmy ... rektorem.
-
 
--------Kapitan Zbigniew Kołodziej Lewandowski i rejs dookoła świata na statku TOBRUK. Opiszę to w
felietonie poświęconemu tej podróży.  Zbyszek to niesłychanie barwna postać. Znał trylogię Sienkiewicza na
pamięć. Wystarczyło otworzyć książkę i przeczytać jedno zdanie, a on już kontynuował tekst z pamięci!
 
 
--------Były też postacie anegdotyczne. Na jednym małym statku pływałem z kapitanem, który nie miał
dyplomu Kpt. Ż. W. Na tym statku jego dyplom wystarczał.  Nie miał prawa do czapki kapitańskiej z złotymi
liśćmi dębowymi na daszku.  Aby się odróżnić od oficerskiego plebsu miał złoty sznurek zamiast skórzanego
paska. Był bardzo niski i nadrabiał to butami na wyższym niż to normalnie obcasie. Miał ta tym tle duży  
kompleks.

--------Na statku z nami płynęła pasażerka do Londynu. Prosta kobieta. Lubiła opowiadać. Kiedyś na mostku
powiedziała. „Mój mąż jest bardzo niski, panie kapitanie. Tak jak Pan. Chociaż nie, od Pana jest trochę
wyższy." Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Nie muszę dodawać, że podpadłem.

--------Pływałem z wieloma Kapitanami. Niektórych wspominam dobrze, innych wolę zapomnieć. Jak to w
życiu. Podobno tylko dolar każdemu się podoba.

--------Od 1978 moim kapitanem byłem ja sam. A to zawęża widzenie. Zawsze swoim kucharzom mówiłem,
że oni nie wiedzą, jakie jest jedzenie na innych statkach, bo jedzą tylko to, co sami gotują.
 
Opublikowano 27 lipca 2018 roku
 
 
W  FACTA NAUTICA także:
Robert Zahorski: Moje morskie wspomnienia. Tak to się zaczęło.
Robert Zahorski:
Radiooficer - zawód wymarły.
Robert Zahorski:
Codzienność w Szkole Morskiej.
Robert Zahorski:
Barcel - pies okrętowy.
Robert Zahorski
SS GLIWICE - mój pierwszy statek w PŻM.
Robert Zahorski -
Moje dyplomy i certyfikaty.
Robert Zahorski -
Praktyka na m/s MATEJKO.
.
 
_________________________________________________________________________________________
Facta Nautica
dr Piotr Mierzejewski
-
 
Statki i okręty. Facta Nautica. Shioos and Wrecks.
 
     
 
Sztandary haftowane, szkolne  i strażackie